O wyborach w Platformie

Mamy przyspieszenie w PO. Formalne i proceduralne. Będzie szybka konwencja, zmienią statut i pojawi się "nowe" partyjnej demokracji - szef partii ma być wybierany w wyborach bezpośrednich całego partyjnego "narodu". To już było w SLD.

Widać, staje się modne. Mam wrażenie, że liderowi nie wystarcza już wygrywanie funkcji poprzez wielostopniowe głosowania przedstawicielskie. To już niewystarczający mandat dla liderów... Gdyby ta maniera miała się upowszechnić, oceniałbym to jako ambicjonerską korektę dojrzałych mechanizmów demokracji wyborczych.


No bo niby, co to ma dać? Lepsze samopoczucie lidera? Poczucie nienaruszalności pozycji? Czy może poczucie władztwa niczym nieskrępowanego nad swoimi szeregami? Siła demokracji także w partiach nie może sprowadzać się do komfortu z pozycji lidera. Bo już i tak staje się prawdziwe powiedzenie, że to nie partia ma swojego lidera, lecz on ma partię dla siebie.

Żadne względy nie uzasadniają tej nowej skłonności do innego niż dotąd sposobu wybierania przywódcy. Ani to czas rewolucyjny, ani sprawność tego nie wymaga. Być może demokracja prawdziwa męczy już też liderów. Z czasem, w wyniku degeneracji demokracji partyjnej, dojdziemy do tego modelu swoistej "satrapii" w życiu politycznym. Będzie, jak będzie. Pozostaje jednak pytanie, czym ma być partia polityczna w świetle niedawnych jeszcze fascynacji demokratycznym pluralizmem. Po co ludzie mają przychodzić do partii, skoro obowiązywać będzie jedynie przekaz jednego lidera. A poza tym widać, że Donald Tusk i PO w statutowych zmianach upatrują leku na uzdrowienie rosnących słabości, których źródła są całkiem gdzie indziej.
Trwa ładowanie komentarzy...